Dzień 3 - 16 czerwiec 2001 "Dzień Węża Drugi"
Budzimy się dosyć wcześnie, czyli koło dziewiątej. Nie ma spodenek Rzaqa które suszyły się w oknie na korytarzu, ani koszulek które wisiały w pokoju. Na szczęście nie zginęły - Caad, który wstał wcześniej niż inni zabrał wszystko przed schronisko na słońce aby doschło - jesteśmy mu za to wdzięczni, aczkolwiek Rzaq był lekko zaniepokojony faktem zniknięcia jego jedynych spodenek. Na śniadaniu przed schroniskiem spotykamy emeryta, który jak się okazuje przychodzi tam co sobotę na piwko. W ciągu jakiś 40 minut facet wypija cztery piwa!
Jest za dwadzieścia jedenasta, kiedy czerwonym szlakiem wyruszamy spod schroniska w kierunku Bielska. Pierwszy zjazd tego dnia owocuje snake'iem. Tym razem padło na Michała. I tylko na niego. Snake na dwóch kołach na raz. Jakby tego było mało jedna z zapasowych dętek okazuje się dziurawa. Po załataniu i wymianie dętek zjeżdżamy do asfaltu, którym dojeżdżamy do centrum Bielska, gdzie znajdujemy sklep rowerowy. Uzupełniamy zapasy łatek i dętek (to Rzaq), Roger kupuje szprychę do tylnego koła. W międzyczasie okazuje się, że Caad zgubił swoje magiczne pudełko z narzędziami. Szkoda - fajne było.
Zjadamy co nieco i udajemy się w kierunku Szyndzielni (1026 m n.p.m.). Kolejką wyjeżdżamy na górę i dalej czerwonym szlakiem kierujemy się w stronę Klimczoka. Na sam szczyt nie docieramy, a szkoda, bo zjazd na przełęcz poniżej Klimczoka wygląda zachęcająco. Michał postanawia zjechać choć kawałek - zabiera rower Rzaqa (co zjazd na fullu, to nie na sztywniaku) i zjeżdża z połowy góry. Wrażenie niesamowite.
Dalsza droga wiedzie przez przełęcz Karkoszczonka (straszne korzenie i kamienie) i żółtym szlakiem w dół do Szczyrku. Stąd używając wyciągu wyjeżdżamy na Skrzyczne (1257 m n.p.m.). Docieramy na górę ok. 15.30. Wchodzimy z rowerami na taras przed schroniskiem, opieramy rowery o złożony parasol i słyszymy mało uprzejme: "Nie opierać rowerów o parasol" i "Nasi klienci nie lubią jak się tu z rowerami wchodzi". Głośno wyrażamy naszą opinię na temat tego co usłyszeliśmy oraz dodajemy, że w takim razie kto inny na nas zarobi i opuszczamy taras, zjeżdżając z niego ostentacyjnie po schodach.
Mały odpoczynek, batoniki, kiełbaska z grilla i jedziemy dalej czyli na Małe Skrzyczne. Po drodze robimy kilka zdjęć. Z Małego Skrzycznego (1201 m n.p.m.) jedziemy w kierunku Malinowskiej Skały (1152 m n.p.m.). Po drodze Michał znów łapie snake'a - tym razem tylko jedno koło. Jeszcze tylko krótkie podejście do Malinowskiej Skały (ścięte drzewa na szlaku) i już jesteśmy. Wygląda ciekawie, ale tylko z dwóch stron. Tzn. od dołu i z boku. Od góry jest prawie płaska, a od strony lasu, za skałą "turyści" urządzili sobie śmietnik. Paskudny widok. Dalej pomykamy w kierunku Malinów Wierchu. Rzaq ustanawia nagrodę w postaci jednego piwa dla osoby, która podjedzie na Malinów. Caad (co prawda piwa nie pije) podejmuje wyzwanie, walczy dzielnie, zrzuca plecak w czasie jazdy, ale niestety - mały uślizg opony i podpórka niweczy cały trud jaki kosztował go ten podjazd. Jacyś chętni na piwo? Niestety w naszej grupie brak, ale może znajdzie się osoba, która tam podjedzie. Na szczycie robimy kolejne zdjęcie. Potem już tylko w dół, aż na Salmopol - zjazd o jakim można marzyć. Roger zdobywa na nim swoje szlify rowerowe (w szczególności na prawej ręce).
Nagranie z dyktafonu:
Rzaq: Zjazd na Salmopol. Roger oczywiście gleba.
Oburzony Roger: Jakie, k.... oczywiście?!
Rzaq (po chwili zastanowienia): No dobra. Roger - gleba.
Roger: Wiecie co?! Zanim wy umieścicie tą relację z naszego wyjazdu, to ja to muszę ocenzurować.
Na Salmopolu kolejny posiłek przed dalszą jazdą. Wspaniała grochówka i tani kotlet z piersi kurczaka. Godne polecenia.
Dalej nie jest już tak pięknie. Zaczęło padać. Ale co tam. "Kurtki przeciwdeszczowe włóż!" i w drogę. Jedziemy na Równicę - najpierw żółtym szlakiem na Trzy Kopce, potem niebieskim, aż na samą Równicę (884 m n.p.m.). Po drodze znów spotykamy węża. Zgadniecie kto? Tak. Macie rację - Michał, po raz trzeci. Tym razem przód. Dojeżdżamy do schroniska na Równicy. Ciągle pada - raz mocniej, raz słabiej. W schronisku wchłaniamy herbatę (niektórzy z rumem) i zastanawiamy się co robić. Postanawiamy pojechać do Goleszowa - Caad ma tam rodzinę/znajomych i możemy tam przenocować za darmo. Zjazd z Równicy we mgle i chłodzie mogłoby się wydawać grozi poważnym wychłodzeniem, ale na szczęście adrenalina na serpentynach robi swoje i nikt nie narzeka na zimno, choć początkowo było słychać szczękanie zębami.
Dojeżdżamy bardzo szybko do Ustronia, robimy zakupy i w drogę, bo jest już ciemno, a jedynym posiadaczem lampki jest Roger. Robimy więc za "batmanów" - na szczęście mamy dość dużo odblasków. W Goleszowie prysznic, kolacja i spać.
Licznik pokazuje: dystans 65 km, średnia 16,54 km/h, czas jazdy 4:00:00
Dzień Czwarty
|