Dzień 4 - 17 czerwiec 2001 "Jaja Byka"
Wstaliśmy późno. Śniadanie, serwis rowerów (wszystko zapaprane błotem) i zrobiło się południe. Roger zostawia (z premedytacją) matę do spania, lampki i "jaja byka" czyli śpiwór, który został tak nazwany z racji swojej formy po przywiązaniu pod siodełkiem i ogólnego bujania się na wszystkie strony.
Nie pada, więc wyruszamy. Nasz pierwszy cel dzisiaj to Czantoria (oczywiście wyciągiem jak na wycinaków przystało :-) ). Na górze duża chmura. Ubieramy się cieplej i jedziemy. Połowa podjazdu od stacji wyciągu na szczyt i kolejna przygoda. Tym razem padło na Rzaqa - kamień ("ale, k.... taaaaki wielki") przyczynia się do wkręcenia tylnej przerzutki w szprychy. Efekt: przerzutka mocno pogięta i wykrzywiona. Coś z tym trzeba zrobić. A więc poszły w ruch klucze, Leatherman PST II, kamienie i co było pod ręka i po 20 minutach przerzutka była jak nowa. No prawie. W każdym razie działała i dało się dalej jechać - nie można było tylko wrzucić największego trybu - groziło to ponownym wkręceniem przerzutki w szprychy. Aha: niech nikt nie mówi, że Leatherman Tool to coś, co nie ma zastosowania na wycieczkach rowerowych. Bez kombinerek, które zawiera nie udałoby się poskładać przerzutki.
Jedziemy dalej. Na szczycie Czantorii (998 m n.p.m.) zaczyna padać. Jedziemy na Stożek. Na początek trudny (w deszczu to nawet bardzo), techniczny zjazd, potem fajna droga (trochę w górę, trochę w dół), jeden zjazd polną drogą, tak szybki, że ciężko sie zmieścić w zakręty. A Rzaqu na zakrętach wyprzedza. :-) Podejście na Stożek (978 m n.p.m.). Po drodze muchy, mnóstwo much. W schronisku na Stożku odpoczynek i jedzonko. Zaczynamy myśleć o jakiejś fajnej kolacji. Ruszamy w dalszą drogę. O dziwo przestało padać. Po drodze na przełęcz Kubalonka towarzyszy nam więc tylko błoto i śliskie kamienie, które są przyczyna kilku niegroźnych przyziemień (Rzaq jedno, Caad dwa, Roger jedno). Przyziemienie wykonaniu Rogera jest szczególnie efektowne - przy przejeździe przez ułożone wzdłużnie drewniane drągi Roger wpada centralnie tyłkiem w bajoro, robiąc przy tym efektowną dziurę w spodenkach.
Nieco się rozpogadza, więc korzystając z okazji i pięknego widoku robimy zdjęcia. Z Kubalonki postanawiamy zjechać do Wisły i tam poszukać noclegu. W międzyczasie Roger zgłasza zanik możliwości hamowania przednim hamulcem (Grimeca Millenium, zakładana i serwisowana przez "fachowców" z serwisu (tfu,tfu...) firmy Secesja w Krakowie - omijać z daleka). Zjazd z Kubalonki - ale jazda: 70 km/h.
W Wiśle wchłaniamy pizzę (jaka ładna ta pizza, mmmm, takie ładne brązowe oczy... mmm... i długie nogi) i szukamy noclegu. Znajdujemy pokój, myjemy się, rozwieszamy rzeczy do suszenia - na zjeździe z Kubalonki musiało oczywiści padać i to solidnie.
Roger zeznaje: "(...) mnie się spieprzyła już dokumentnie Grimeca z przodu, jestem lekko załamany, zmoknięty, zmarznięty doszczętnie, głodny i już mi się nie chce jeździć na rowerze. (...) Liczę na to, że naprawię jutro Grimecę." I dalej: "(...) mam wyłamany ząb na blacie. Gdzieś na jakimś kamieniu czy na jakimś zjeździe odpadł po prostu kawałek blatu z przodu."
Do kolacji wypijamy morze herbaty zasilanej wiśniakiem na rumie - "Smaczna ...".
Licznik pokazuje: dystans 38,12, średnia: 14,59 km/h, czas jazdy 2:36:00. Maksymalna 70 km/h - to zasługa zjazdu z Kubalonki.
Dzień Piąty
|