Dzień 5 - 18 czerwiec 2001
Caad - "kat na łańcuchy".
Agent.

Rano oczywiście standardowo już: śniadanie i serwisowanie rowerów. Z resztą serwisowanie przeciąga się do popołudnia. Potrzebujemy nowej przerzutki dla Rzaqa i nowych klocków do Grimeci Rogera. W Wiśle w sklepie nie mają. Jedziemy do Ustronia. Już w Ustroniu odwiedzamy (przez przypadek) sklep firmy Gregorio (dystrybutor Rudy Project i Dainese), gdzie Michał drogą kupna nabywa ochraniacze na kolana i golenie.
Znajdujemy interesujący nas sklep rowerowy, umiejscowiony na osiedlu Manhattan. Jest tam też serwis. Mają klocki do Grimeci!!! I w serwisie zestaw do napełniania Grimeci płynem. I jest przerzutka dla Rzaqa - co prawda tylko Alivio, ale jak się później okazało służyła dzielnie przez całą dalszą drogę.

Serwisujemy rowerki - hamulec Rogera wreszcie zaczyna działać poprawnie. "Fachowcy" z Secesji źle go napełnili i było za mało płynu - Roger przeklina, że lepiej nie słuchać.

W ogóle to bardzo fajny ten sklep, właściciel uprzejmy, ma dużo fajnych rzeczy (np. bardzo fajne kaski), za serwis nie chciał ani złotówki (fakt, że pracowaliśmy sami, ale jednak zużyliśmy np. płyn do hamulca i rozdziewiczylismy zestaw do Grimeci). W podzięce pozbywamy się czterech puszek piwa, które nam zostały z poprzedniego wieczora.

Ruszamy do Wisły. Asfalt - trochę nudno. Znów pada. Dalej asfaltem w kierunku zapory na Wiśledalej i na Przysłop. W schronisku obiad i dalej w drogę. Niestety nie tak szybko. Koło schroniska Caad urywa łańcuch (Sachs PC-38). Szybka naprawa... i Caad znów urywa łańcuch. Od dziś przydomek Caada to "kat na łańcuchy".

Podjeżdżamy na Baranią Górę (1220 m n.p.m.). Kto wysypał tam tyle kamieni? I dlaczego znowu pada? Na górze wchodzimy na wierzę widokową i podziwiamy chmury, bo tylko to widać.

Dalej już prawie cały czas w dół. Magurka Wiślańska i czerwonym szlakiem do Węgierskiej Górki. Taaaak.... to byłoby za proste.

Po drodze uaktywnia się Agent. I to w bardzo widoczny sposób. Do tej pory zostawał z tyłu, ale teraz zrobił coś, co go całkowicie zdemaskowało. Duża polana z drzewami powalonymi przez wiatr. Agent prosi abyśmy stanęli na chwilę bo musi poprawić klocki w tylnym hamulcu. Stajemy. Siadamy pod zwalonym drzewem i czekamy. Agent dłubie w hamulcu. Mija pięć minut, dziesięć, piętnaście. Agent dalej dłubie. Czas leci, my marzniemy, bo wieje, a Agent dłubie. Pół godziny. Zmarznięci jak cholera w końcu ruszmy w dół.

Na świetnym technicznym zjeździe gubimy czerwony szlak i leśną drogą docieramy do Kamesznicy (Michał: "Ja wiedziałem, że tak będzie, ja wiedziałem...").
Przez Milówkę docieramy do Węgierskiej Górki. Znajdujemy nocleg: pensjonat "Just", ul. Kamienna. Dlaczego podaję adres? Bo było miło, sympatycznie i w miarę tanio (15 PLN/osobę). Na "dzień dobry" dostaliśmy węża z wodą do umycia rowerów (ach, jakie one mają ciekawe kolory!). Właściciel włączył dla nas ogrzewanie! Właścicielka odwirowała nasze uprane rzeczy. Zrobiliśmy sobie grilla. Rowery stoją w ciepłym garażu. Ciuchy do rana wyschły. Czy można chcieć czegoś więcej? Chyba tylko, żeby następnego dnia nie padało.

Licznik pokazuje: dystans: 65,48 km, średnia prędkość: 15,66 km/h, czas jazdy: 4:10:33, prędkość maksymalna: 57,80 km/h.

Dzień Szósty

Ostatnia modyfikacja: 30.07.2001
HTML: Mich@ł Sadowski