Dzień 6 - 19 czerwiec 2001

Nawet nie wiecie jaka to przyjemność i luksus włożyć na siebie suche ubranie, w którym będzie się jechać. Po śniadanku oczywiście poranna toaleta, znaczy doczyszczanie i smarowanie napędu i w drogę. Cel: Hala Miziowa, a tam zobaczymy co dalej. A więc: czerwonym szlakiem przez Żabnicę w kierunku Rysianki. Prawie cały czas pod górę, błoto i deszcz. Do deszczu się przyzwyczailiśmy, ale błoto daje się we znaki. Po drodze Rzaq narzeka na bolące kolano. Wieczorem smarował go maścią rozgrzewającą, ale widać Agent wychłodził nas za bardzo i kolano dalej boli. Do tego stopnia, że Rzaq ma problemy z wpinaniem się w SPD. Mówi, że jak mu do jutra nie przejdzie to zjeżdża z trasy i wraca do Krakowa. Na razie jest twardy i mimo bólu jakoś jedzie.

Docieramy do stacji turystycznej na Słowiance. Herbatka, ciastka, chwila odpoczynku i dalej w trasę.

Błoto coraz większe. Nagle Rzaqu odlatuje przez kierownicę. Nic mu nie jest. Zaraz, ale gdzie rower? Czy ktoś widział rower? O jest, w tym błocie coś leży, jakby rower. Może lekka przesada, ale przedniego koła nie było widać, a i amortyzator też się gdzieś schował. Wykonujemy niezbędną dokumentację fotograficzną i ruszamy dalej. Teraz pod górę. Na szlaku niespodzianka: podejście po skale i łańcuchy. Powoli do góry, do Rysianki coraz bliżej. A deszcz jak padał tak pada. Przed 17 docieramy na Rysiankę do schroniska. Ciepło, sucho i przyjemnie. I jedzenie dobre. Czemu tam nie zostaliśmy?! Ale cóż - Hala Miziowa czeka, to tylko jakieś 7 km.

Na zewnątrz temperatura ok. 5 st, wiatr, deszcz i mgła. Jedziemy, trochę w dół, to znów w górę, trochę po równym, ale błotnistym. Czasami prowadzimy rowery, bo nie da się już jechać. Po drodze Rzaq stwierdza, że musi jechać dalej - tak jak w Eco Challenge - drużyna zalicza trasę tylko jeśli dotrze w komplecie, więc musimy jechać w czwórkę.

Na Halę Miziową docieramy ok. 19. Po drodze zastanawiamy się kiedy spadnie śnieg.

W schronisku patrzą na nas jak na kosmitów: "To Wy chcecie u nas przenocować?!" - pyta mocno zdziwiona kierowniczka schroniska. I po chwili dodaje: "Nie spodziewliśmy się, że w taka pogodę ktoś się pojawi!" Rowery wstawiamy do pakamery, sami udajemy się od razu pod prysznic, bo do pokoju z takim błotem lepiej się nie pakować.

Na szczęście pod prysznicem jest gorąca woda. Myjemy się, pierzemy ciuchy (i tak przecież są mokre). Okazuje się, że możemy powiesić ciuchy w kotłowni - na rano powinny wyschnąć. W pokoju jakoś dziwnie zimno - w nocy chyba zmarzniemy. Nieważne - jesteśmy głodni, więc najpierw kolacja. Są jakieś parówki, dużo herbaty, trochę naszych zapasów z plecaka.

Rzaq "remontuje" kolano przy użyciu połowy zawartości tuby maści rozgrzewającej BenGay Sport Balm. Zmęczeni zasypiamy dosyć szybko.

Licznik pokazuje: dystans 27,58 km, średnia 7,53 km/h - znaczy było pod górę i to bardzo, czas jazdy 3:37:37, przewyższenia 1600 m (jakimś cudem licznik Rzaqa nie zamókł i pokazywał przewyższenie).

Dzień Siódmy

Ostatnia modyfikacja: 30.07.2001
HTML: Mich@ł Sadowski