Dzień 7 - 20 czerwiec 2001 "Sto Lat!"
Dziś urodziny Rzaqa, więc przy śniadaniu odśpiewujemy "Sto Lat" czy inne "Happy Birthday". Rzaqu jest lekko zaskoczony, bo nie spodziewał się, że wiemy kiedy ma urodziny.
Potem standardowo: śniadanie, serwis (dziś Michał zmienia klocki w Catnileverach - w końcu się zużyły, Roger reguluje tylny hamulec) i w drogę. Ale którędy prowadzi szlak? Mgła, nic nie widać. Na wyczucie zjeżdżamy w dół i docieramy do czerwonego szlaku. Po drodze, na zjeździe najpierw Caad, a potem Roger w jednym miejscu lecą w trawę przez kierownicę. Roger ma większego pecha, bo po ostrym turlikaniu się ląduje w rowie ze strumyczkiem. Jest ślisko jak cholera, zwłaszcza na trawie - Panaracer Dart zdecydowanie się na taka pogodę nie nadaje.
Udajemy się w kierunku przełęczy Glinne. Szlak prowadzi w zasadzie w dół, ale czasami nie da się jechać. Może gdyby było sucho, ale jest ślisko i bardzo niemiło, dużo śliskich korzeni i kamieni. Forsujemy strumień, który stanął nam na drodze (ładnie wygląda, przydałoby się zdjęcie, ale pogoda nie sprzyja) i podążamy w dół. Szybki, miejscami trudny i piekielnie śliski zjazd i jesteśmy na przejściu granicznym. Herbata i ciastka w barze i jedziemy na Słowację. Po drodze wizyta w sklepie - cel: nabycie 1 litra rumu. Wiecie, że do siedmiolitrowego plecaka (pełnego jak się wydawało) można wsadzić jeszcze niemałą, litrową butelkę? A wydawało się to niemożliwe. Rzaqu chyba musi mieć jakieś konszachty z siłami nieczystymi.
Dalej w dół asfaltem do Oravskiej Polhory i w lewo w kierunku przełęczy Jałowieckiej. Cały czas pada, czasem troszkę tylko mniej. Asfaltem do góry (długo, ale przyjemnie), na koniec podejście na przełęcz. Z mapy wynika, ze teraz już tylko w dół do Zawoji. Faktycznie w dół i to bardzo. Zjeżdżamy w szalonym tempie po błocie i szutrze. Po drodze znów na naszej drodze staje strumień. Michał forsuje go w bród, a reszta wycieczki po zwalonym, śliskim drzewie. Oczywiście tradycyjnie pod koniec dnia musi padać najbardziej. Zmoknięci docieramy do Zawoji i szukamy lokum na nocleg.
Wpadamy też do restauracji na obiad (po cenach w schroniskach wydaje się nam jakoś dziwnie tanio), a potem do sklepu po zakupy (najważniejszy zakup w dniu dzisiejszym to Cola do rumu, w końcu wieczorem impreza urodzinowa Rzaqa. Niestety nie ma tortu). Kwatera przyjemna, ciepła (działają kaloryfery), właścicielka odwirowuje nasze rzeczy - rano znów mamy suche ciuchy. Buty też. Prysznic, kolacja, rum z colą, długie rozmowy i spać.
Licznik pokazał: dystans 31,58 km, średnia 13,06 km/h (czyli nie było bardzo pod górę), czas jazdy: 2:24:54 (tak to jest jak się późno wyjeżdża). Przewyższenie szacowane : 800 m (licznik zamókł więc może być niedokładnie)
Dzień Ósmy
|