Dzień 9 - 22 czerwiec 2001
Agent zniknął!

Znowu pada - pogoda jak w listopadzie. Przy śniadaniu Roger zaczyna coś mówić o opuszczeniu nas i zjechaniu do Rabki, ale jednak jedzie z nami na Turbacz (1332 m n.p.m.). Po drodze leje jak cholera. W schronisku posilamy się i chcemy ruszać, gdy Roger oznajmia, że nie jedzie dalej. Zjeżdża do Nowego Targu i wraca do Krakowa. Namawiamy go do zmiany zdania, ale jest twardy i nie daje się przekonać. Mówi coś o zużytych klockach w przednim hamulcu, braku pieniędzy. Po co komu hamulec w górach? Jeszcze do tego przedni. Dziwne...
Pózniej zeznaje, że przedni hamulec na zjeździe do Nowego targu starł się do blachy, a tył też ledwo działał. Nauczka na przyszłość - zabierać ze soba więcej zapasowych klocków.

W każdym razie dalej jedziemy we dwójkę. Kierunek Lubań. Czerwonym szlakiem przez przełęcz Knurowską. Jest pięknie. Pogoda czasami się poprawia, widoki robią się ciekawsze - widać Tatry. Słabo, ale widać. Szlak błotnisty, zjazdy wymagają stałej uwagi, o wywrotkę na śliskich korzeniach nie trudno.

Czasami pod górę trzeba poprowadzić rowery, za ostro i za dużo błota.

Jedziemy jakby szybciej niż w poprzednie dni, na nikogo nie czekamy, przerwy robimy jak się zmęczymy. Wiemy na pewno, że do tej pory towarzyszył nam Agent! I wiemy kto nim był. Choć on jeszcze nie wie o tym, że został ochrzczony Agentem.

Lubań. A niech to, co za góra - wysoko i stromo. To podejście może naprawdę dać w kość. Tak ostro do tej pory nie było. Na górze przyglądamy się naszym hamulcom - nie wyglądają najlepiej. Michała canti wymagają regulacji, Rzaqa tarczówkom przydałaby się wymiana klocków (tylko skąd je wziąć). Wcześniej po raz kolejny przydał się Leatherman - tym razem do szlifowania zużytej małej tarczy w korbowodzie.

Z Lubania w dół (i to ostro), najpierw zielonym szlakiem, potem polną drogą. Wyjeżdżamy w Krośnicy. Rozmawiamy z robotnikami pod sklepem. Nie mogą uwierzyć, że my tak na tych rowerach już 9 dni i do tego po górach. Pewnie mają nas za kosmitów.

Dalej pod górkę do Czorsztyna. Tutaj obiad, zjazd do zamku (nie ma po co) i z powrotem do góry. Wjeżdżamy na niebieski szlak i dojeżdżamy do przełęczy, skąd kierujemy się w dół na zaporę i dalej na przejście graniczne. Wjeżdżamy na Słowację. Kierunek: Czerwony Klasztor. Znów jakby pada. Z Czerwonego Klasztoru ścieżką na Dunajcem (cóż za widoki - polecam jak ktoś jeszcze nie był) dojeżdżamy do Szczawnicy. Po drodze przymusowa kąpiel w Dunajcu - troszkę zalało drogę tuż przed przejściem granicznym - wody po ośki. Rzaq przejeżdża, Michał trzyma się za blisko prawej strony i spada z asfaltu. Wody powyżej kół. Jakoś przepływamy i podążamy dalej.

Szczawnica. Przydałaby się jakaś kolacja. Nasz wybór pada na pizzerię bo maja stoliki na zewnątrz - nie nabrudzimy za bardzo. Pizza, herbatka, piwko i jedziemy szukać noclegu. Jest. W miarę przyjemny pokój, rowery będą bezpieczne, ciepło, może ciuchy trochę podeschną - zostajemy. Prysznic, pranie, rozmowa i spać.

Dziś nie było najgorzej. Deszcz był, ale nie cały czas. Oczywiście pod koniec dnia musiał popadać.

Licznik pokazał: dystans 68,24 km; średnia 12,77 km/h; maksymalna 58 km/h, czas jazdy: 5:21:21 (chyba najdłuższy czasowo etap).

Dzień Dziesiąty

Ostatnia modyfikacja: 30.07.2001
HTML: Mich@ł Sadowski