Dzień 10 - 23 czerwiec 2001

Śniadanie, serwis i w drogę. Kierunek Jaworki. Znów pada. Ba. Nawet leje. Znów ludzie patrzą na nas jak na kosmitów. Po drodze zaglądamy do wąwozu Homole - jest przepiękny. Szkoda, że nie mamy aparatu.

Rozpogadza się. Z Jaworek wspinamy się czerwonym szlakiem do góry na Ruski Wierch (883 m n.p.m.), a potem po grzbiecie dojeżdżamy na przełęcz Obidza. W bacówce pochłaniamy porcje kalorii w postaci kwaśnicy i naleśników. Po drodze Rzaq robi niezłą fontannę - wpada w dół o głebokości ok 50 cm wypełniony wodą - świetny widok. Jakimś cudem nie złamał amortyzatora i pojechał dalej. Nie do wiary.

Z Obidzy czeka nas zjazd do Piwnicznej przez Sucha Dolinę. Ale jazda. Puścisz na dłuższą chwilę hamulce - nie zmieścisz się w następny zakręt. Licznik błyskawicznie pokazuje 45-50 km/h. A zakręty ciasne, nawet jak na rower. Rzaq ma tylko przedni hamulec. Szybko dojeżdżamy do Piwnicznej. Dalsza trasa to asfalt z Piwnicznej przez Żegiestów, Muszynę do Krynicy. Po drodze kątem oka zauważamy szyld "Salonik Sportowy" i napis "rowery". W witrynie wiszą koła rowerowe. I to nie byle jakie - Mavic CrossRock UST. Zawracamy i podjeżdżamy do "Saloniku". W środku niespodzianka. Całkiem przyzwoicie zaopatrzony sklep. Pełny wybór obręczy Rigida, opon Michelina, dużo części SRAMa. Są też klocki do canti XTR - Michał nabywa komplet na zapas. Czasu mamy sporo więc ucinamy sobie pogawędkę z właścicielką. Opowiadamy gdzie byliśmy.
Jest miło ale trzeba jechać dalej.

Krynica. Znów zaczęło padać - to norma, zbliża się wieczór. Jemy obiad i jedziemy.
Na początek podjazd do Krzyżówki, ale potem już tylko w dół, aż do Grybowa. Na odcinku Krzyżówka-Grybów średnia 32,5 km/h. Do Grybowa dojeżdżamy ok. 18.30. Znajdujemy dworzec PKP, kupujemy bilety i jedziemy coś zjeść i wypić herbatę (taka tradycja tego wyjazdu). Nasz wybór znów pada na pizzerię.

Po drodze zużyte klocki w tylnym hamulcu Rzaqa opuszczają przeznaczone im miejsce i blokują tarczę, a co za tym idzie koło. Dobrze, że to nie zjazd - mogłoby być niewesoło.

W pizzerii siedzimy w środku - nieco nerwowo, bo rowery zostały na zewnątrz, przypięte do płotka. Ludzie znowu dziwnie się na nas patrzą. Suszarki do rąk w toalecie używamy do rozgrzania kolan. Kelnerka jest jakaś zakręcona - podała pizzę (wg zamówienia) i za chwilę przybiega z pytaniem czy aby na pewno podała właściwą pizzę.

Najedzeni, podsuszeni i rozgrzani nieco ruszmy na dworzec.

Dzwonimy do chłopaków do Krakowa, żeby zorganizowali komitet powitalny na dworcu w Krakowie. Ale słyszymy, że w taką pogodę to nikomu się nie będzie chciało przyjechać. A miało być tak pięknie, wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy... ups, to nie ta bajka.

Rzaqu mówi, że pociąg na pewno się spóźni, jakieś 30 minut. "Międzynarodowy pociąg pospieszny z Koszyc do Krakowa jest opóźniony o 30 minut" słychać z głośników. Prorok jakiś czy co?

Pociąg w końcu przyjeżdża. Wsiadamy, pakujemy się z rowerami do przedziału, pociąg jest praktycznie pusty. Dwa siedzenia, dwie osoby, dwa rowery - pełen komfort. Mało tego działa ogrzewanie. Na początku się z tego cieszymy, bo ciepło i miło, ale z czasem robi się coraz cieplej, a regulacja nie działa. Do Krakowa dojeżdżamy przed północą, wyschnięci i rozgrzani. Komitetu powitalnego oczywiście nie ma. :-(

Wyprawa niestey nie zaliczona - dojechalismy do końca tylko w dwójkę...

W przejściu podziemnym rozstajemy się - jedziemy w dwie różne strony miasta.

Na Rynku zaczyna padać deszcz...

Licznik pokazał: dystans 100,66 km, czas jazdy: 5:16:22

Podsumowanie

Ostatnia modyfikacja: 30.07.2001
HTML: Mich@ł Sadowski