Dzień 8
Poniedziałek, 24 czerwca 2002

Masakra terenowa.

Rycerzowa - Przełęcz Glinka - Krawców Wierch - Trzy Kopce - Hala Miziowa

Zaczynamy od śniadania. Zjeżdżamy żółtym szlakiem do przełęczy Przysłop. Zjazd trudny, techniczny. Od przełęczy zaczyna się tytułowa masakra czyli podejście o nachyleniu ściany na Switkową. Pchanie roweru pod górę prawie niemożliwe, niesienie tez trudne bo wywrotka grozi sturlaniem się w dół. Do kompletu podłoże to śliska ziemia.

Jakimś cudem dostajemy się na górę. Potem trochę po w miarę równym, ale za to zarośniętym szlaku i przed następny ostrym podejściem spotykamy funkcjonariusza Straży Granicznej RP i zostajemy poddani kontroli paszportowej. Przy okazji zostajemy poinstruowani, że jedziemy słowackim szlakiem i zjeżdżanie do Polski w miejsca do tego nie wyznaczonych to nielegalne przekraczanie granicy ( i tak ze trzy razy). Dodatkowo jakbyśmy zauważyli jakiś podejrzanych osobników to mamy zawiadomić najbliższą strażnicę graniczną o tym fakcie. Ponoć w okolicy koczuje grupa 50 Wietnamczyków lub Chińczyków z zamiarem nielegalnego przedostanie się do Polski. Pewnie chowają się w borówkach. A miejsce faktycznie wymarzone do takich manewrów jak nielegalne przekraczanie granicy. Dokoła tylko las, zarośla i góry. Żadnych ludzi. No prawi żadnych. Jest dwóch idiotów na rowerach.

Jedziemy dalej. Robi się mało fajnie, nadchodzi burza, a w górach to nic przyjemnego. Akurat jedziemy grzbietem, więc chowamy się nieco poniżej i mokniemy. Po 20 minutach burza przechodzi, ale wszystko jest mokre, my też.

Szlak coraz bardziej zarośnięty. Paprocie sterczą ponad kierownicę, małe świerki znakomicie utrudniają jazdę na wprost. Kolejne podejście na Pański Kamień, potem trochę po równym (Równym Beskidzie). Kolejnego podejścia unikamy omijając Oszusa ścieżką przez rezerwat. Tez niezła przeprawa, ale przynajmniej nie jest pionowo do góry. Potem już lepiej bo więcej w dół niż do góry aż do przełęczy Glinka gdzie przekraczamy granice i odwiedzamy sklep po słowackiej stronie. Kupujemy wafle, korbacze i wodę. Mineralną nie ognistą.

Wracamy do Polski i wjeżdżamy z powrotem na słowacki szlak graniczny prowadzący aż na Pilsko. Jedziemy nim (choć trochę prowadzimy) do Krawców Wierchu, do bacówki, gdzie zjadamy niezłe spaghetti na obiad i świeżą szarlotkę. Nie wiem co było w tej szarlotce, ale od tej pory jakoś lepiej mi się jedzie - poprzednie podejścia zabijały chęć do dalszej jazdy. Szlak prowadzi dosyć urozmaiconym terenem. Do trzech Kopców docieramy dosyć szybko. Znów trochę pada. Chyba tradycyjnie - w drodze na Halę Miziowa musi padać. Przez Palenicę i Munczolik pokonując kilka podjazdów, zjazdów i podejście docieramy na zamgloną Halę Miziową. Dostajemy pokój - ten sam co w zeszłym roku. Rowery chowamy w serwisie narciarskim. Tylne koło zabieram ze sobą - muszę przełożyć tylko oponę bo zauważyłem, że przy zakładaniu nie zwróciłem uwagi i założyłem w odwrotnym kierunku. Koło jest koszmarnie ubłocone, więc żeby się nie upaprać zabieram go pod prysznic.

Kolacja - mizerna. Jak całość jedzenia w schronisku. Do tego drogo. Jak na ironię na ścianie wisi świeży dyplom "dla najsympatyczniejszego schroniska" przyznany przez Klub PTTK przy II LO z Gdyni. Może się nie znam, ale na mój gust to schronisko akurat do sympatycznych nie należy. Mam pewne podejrzenia, ze ta "sympatyczność" schroniska może się wiązać z herbatą z wiśniówką - ta akurat było dobre.

Schronisko drogie, widać zmiany: są nowe okna, centralne ogrzewanie. Ciekawe jaki będzie los "nowego" i co będzie ze starym jeśli uruchomią w końcu nowe.

Licznik pokazał:
Dystans: 35,58 km
Prędkość średnia: 8,66 km/h
Czas jazdy: 4:06 h
Prędkość maksymalna: 42,6 km/h

Dzień Dziewiąty

Ostatnia modyfikacja: 02.07.2002
Copyright (c) 2002 by Michał Sadowski